CHYBA BĘDZIE JUŻ DOBRZE!

środa, 13 lipca 2016
To był szalony weekend. A właściwie szalone 5 dni, po których dopiero dziś jestem chyba w stanie ochłonąć.

A wszystko zaczyna się od tego, że w środę Lila dojeżdża do Warszawy bez płaczu!! Z małą usterką po drodze, bo zwymiotowała, ale nie zraziło jej to i wsiadła do fotelika i dalej pędziliśmy na stolice. Dopiero w samej Warszawie zasnęła. Dlaczego to takie niezwykłe. A no dlatego, że zazwyczaj już na przejeździe w Wilkasach krzyczała, że nie chce jechać dalej. Nigdy nie zdarzyło nam się dojechać spokojnie do Lasu Miejskiego, a co dopiero do stolicy. I niby wszystko ok, spokojna podróż, dziecko zadowolone, robi sobie z nas żarty, że niby to ją brzuch boli po czym wybucha wielkim śmiechem mówiąc: żartowałam! A tak naprawdę dla mnie wielki stres. W wielkim napięciu wyczekiwałam kiedy nastąpi wybuch. Kiedy będzie wielki atak paniki i niechęci do dalszej jazdy. A tu taki psikus, który wykończył mnie emocjonalnie. Co najlepsze z nad morza też wróciła bez problemu. Mocno wierzę, że odrobaczanie przyniosło efekt, a całym sprawcą niechęci Liliany do samochodu była glista ludzka.


Punkt drugi szaleństwa. Dojeżdżamy do Warszawy. W strugach deszczu pakujemy się do hotelu Polonia. Kładę dziecko na łóżku, o dziwo się nie budzi, po czym siadam na krześle i mówię do męża: wiesz, że już nie jesteśmy w Giżycku tylko w Warszawie. A wiesz, że tu może być zamach? Po czym okazuje się, że jesteśmy na 2 dni przed szczytem NATO, w hotelu w którym nocujemy będą spać jakieś ważne osobistości, wszędzie kręci się niezliczona ilość policki, a w hotelowym lobby siedzą ludzie z BORu, żołnierze, a i pewnie jacyś agenci specjalni w cywilnym ubraniu. Jednak dobrze jest na tej naszej polskiej prowincji:)

Z Warszawy mam jechać z Lilką pociągiem nad morze. W okienku biletowym okazuje się, ze na pociąg, którym chcę jechać nie ma biletów, podobno żadnego wolnego miejsca. Ani na ten, a ni na następny. Zamiast 15:20 mam wyjechać o 17:20, co burzy cały mój plan. Wściekła, wkurzona, a może jeszcze bardziej idę na peron, bo Lila chce oglądać pociągi. I wściekłość osiąga poziom max, kiedy widzę, że koleś, który stał za mną w kolejce po bilet wsiada jakby nigdy nic do tego pociągu (kolejny raz przydało mi się to, że wiecznie obserwuje ludzi:-)). Z wielkim przekonaniem, że ja tym pociągiem muszę pojechać i koniec i kropka idę do konduktora dość emocjonalnie tłumacząc mu całą sytuację. Konduktor zarzeka się, że w pociągu nie ma miejsc, że jest ciasno, ścisk, tłok, ale twierdzi, że mam wsiąść i zająć wskazane miejsce. Okazuje się, ze lądujemy z Lilką w przedziale, w którym siedzą aż 2 osoby, podobnie jak w większości przedziałów w całym wagonie, a przez całą podroż do Gdyni 3h 30 min nie dosiada się nikt, a jedynie wysiadają. Ot taki tłok.

Nad morzem jak to nad morzem. Pogoda w kratkę, piasek, woda, meduzy. Ale... w sobotę jedziemy do centrum nadmorskiego wszechświata: Władysławowa. Tam udajemy się w jakieś zakamarki, bo podobno dobre domowe wege lody. Okazuje się jednak, że lody nie takie wege, bo w sorbecie białka mleka, a sprzedawca ma bardzo słabą wiedzę na temat produktów, które sprzedaje, na wszystko odpowiadając, że on dodaje to co producent mu dał. Kończy się na lodach bananowych na mleku kokosowych, do których niestety dodali zwyczajny biały cukier. W drodze powrotnej najpierw lądujemy na wystawie wielkich owadów, a potem w Oceanparku. I tu kolejna nowość: Lila pierwszy raz jeździ na karuzeli, takiej jaką ja pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Oczywiście matka bardziej przejęta od dziecka, które chce się wypinać z pasa i zachwyca się tym, że jej gondola jest różowa i wszystko dobrze widać z góry (ja w tym czasie mocno zapieram się nogami starając się nie poruszać za bardzo). W drodze powrotnej Lilka zasypia w połowie zdania. Ot tak po prostu.

Wieczorem  pierwszy raz zostawiam Lilkę z dziadkami z opcją, że może będą musieli położyć ją spać. Wychodzę z mężem na koncert i randkę. Kolacja z mężem, na której zamawiamy krewetki - 9 lat o tym marzyłam:)! Udało się! I randka i krewetki. Choć na tarasie było zimno, wiało to nie miało to najmniejszego znaczenia. Siedziałam z moim mężem, jadłam sałatkę i słuchałam donGuralesko... wciąż myśląc co robi moje dziecko!:) Ogólnie wyszło jak zwykle. Wracamy po 2,5h do bawiącego się w najlepsze dziecka. 

I na koniec niedzielny tekst Lilianki:
Uwaga cytuje: "Chciałabym coś fajnego (mówi Lili). To jedziemy do dużego sklepu. Ale fajnego. Nie do Biedronki".

Ale najważniejsze, bo w końcu po to pojechaliśmy do Warszawy. Dowiedziałam się jaki jest powód moich poronień. Okazuje się bowiem, że mam mutację genu MTHFR, co oznacza niedostateczne ukrwienie oraz za dużo limfocytów T, a za mało limfocytów B, co oznacza, że mój organizm traktuje ciąże jak pasożyta, więc ją uśmierca. Lekarka nie wie czy to, że Lilka się urodziła to cud czy te mutacje pojawiły się dopiero po porodzie lub później. Najważniejsze, że Lilka jest z nami, a ja mam zestaw leków, dzięki którym już ma być ok. Dodatkowo mam też nową dietę, ale to akurat najmniejszy problem, bo przyda mi się zrzucić kilka kilogramów i obniżyć cukier. Choć muszę przyznać, że ja zawsze odżywiająca się zdrowo, zjadająca surową marchew tonami muszę się nauczyć zdrowego żywienia na nowo. Dopiero teraz sobie uświadomiłam, jak bardzo zaniedbałam się w kwestii jedzenia. Niestety to, co niezdrowe jest łatwiejsze w przygotowaniu, a w przypadku Liliany każda minuta jest na wagę złota.

A więc 8 lipca wystartowałam:
- cukier nadczo 89
- waga 60kg (tak swoją drogą skąd i kiedy się to wzięło:)))

Narodziłam się na nowo. Dostałam zastrzyk nadziei i serię zastrzyków.
Przypadkowa rozmowa o sprawie, o której nie chcieliśmy nikomu mówić sprawia, że trafiam w odpowiednie miejsce i do odpowiedniej osoby. O moim życiu decyduje jakaś siła wyższa, która sprawia, że tworzy się łańcuch wydarzeń, które chronią mnie od kolejnej tragedii jaką byłoby pewne poronienie, jeśli zostałabym pod opieką dotychczasowego lekarza ginekologa. W Warszawie pod Pałacem Kultury znalazłam 2 grosze, w Pucku w wodach zatoki kamień w kształcie serca...
Chyba już będzie dobrze!

Prześlij komentarz