WIELKANOC NA CO DZIEŃ!

czwartek, 27 kwietnia 2017

Choć od Wielkanocy już trochę minęło, to u nas dziś będzie wspomnienie wielkanocnego śniadania. W tym roku to nam przypadł zaszczyt organizacji śniadania, co okazało się wielkim wyzwaniem: trzeba było połączyć tradycyjne dania z tymi, które może zjeść Lilka i ja. Kilka dni nad tym myślałam. Przeglądałam swoje zeszyty z przepisami, gazety, blogi i w końcu stworzyłam menu idealne. Skrojone na miarę naszej pokręconej gastronomicznie rodziny. Tradycyjno - wegańskie menu, które zadowoliło wszystkich obecnych na śniadaniu.  

Przypominam dziś to śniadanie, bo wegańskie pozycje polecają się na co dzień, szczególnie tym, którym znudziła się kanapka z serem i szynką, albo mają ochotę na coś innego. 

W wielkanocną niedzielę od 6 rano grasowałam w kuchni. Wszystko zaczęło się od zagniecenia ciasta na świeże, pachnące bułeczki orkiszowe. A potem to już się potoczyło. Jajka, pasztet z soczewicy, pasta z awokado, tabbouleh, żurek, parzenie białej kiełbasy, krojenie wędlin.... ufff. Jak sobie to przypomnę to, aż mi ciepło na sercu. Choć byłam totalnie wykończona to szczęście i zadowolenie były dużo większe, bo ja kocham karmić ludzi. Kocham przekonywać ich do bezmięsnych zastępników, do jedzenie bez pszenicy i cukru. Do jedzenia innego niż na co dzień.

Żeby tradycji stało się zadość moja mama robiła tradycyjną jarzynową sałatkę, a druga mama ugotowała barszcz biały dla tradycjonalistów:) Poniżej kilka przepisów na moje ulubione dania, które sprawdzą się na co dzień. Niestety nie moje autorskie.

Do robienia zdjęć nie bardzo miałam głowę, więc mam nadzieję, że uwierzycie mi na słowo, że wszystko jest pyszne!



PASZTET Z ZIELONEJ SOCZEWICY I KASZY JAGLANEJ Z ŻURAWINĄ
Hit wielkanocnego poranka. Szczególnie w opinii mojego męża. Robiłam już kilka podejść do wegańskich pasztetów i nie zawsze było nam po drodze. Ale stwierdziłam, że jest tak przepyszny, że musi pojawić się na naszym wielkanocnym stole. Założyłam, że jeśli jego konsystencja nie będzie odpowiednia, aby go kroić to po upieczeniu upchnę go do słoików i będzie super pasztetem do smarowania. Na szczęście udało się. Wyszło tak jak miało być:) Przepis Marty Dymek jadłonomia.com

SKŁADNIKI:
2 szklanki ugotowanej brązowej lub zielonej soczewicy / około 200 g suchej soczewicy
1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej / około 100 g suchej kaszy
100 ml oleju
2 cebule
4 łyżki suszonej żurawiny
2 – 3 łyżki sosu sojowego
2 liście laurowe
2 ziarna ziela angielskiego
2 goździki
¾ łyżeczki majeranku
½ łyżeczki cząbru
¼ łyżeczki lubczyku
szczypta gałki muszkatołowej
sól i czarny pieprz
kilka łyżek oleju do smażenia



PRZYGOTOWANIE:
  1. Cebulę pokroić w kostkę, na patelni rozgrzać olej i dodać cebulę razem z liściem laurowym zielem angielskim oraz goździkami. Smażyć na niedużym ogniu do czasu, aż cebula się zeszkli, wtedy wyjąć przyprawy i wyrzucić.
  2. Cebulę dodać do ugotowanej soczewicy razem z kaszą jaglaną, olejem, sosem sojowym, szczyptą soli i resztą przypraw. Zmiksować przy pomocy ręcznego blendera na gładką masę, spróbować i doprawić do smaku większą ilością soli, jeśli jest taka potrzeba. Dodać żurawinę i wmieszać ją łyżką w masę.
  3. Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Masę przełożyć do foremki, wyłożonej papierem do pieczenia, wyrównać i piec przez 40 – 45 minut. Następnie wystudzić przez całą noc w foremce, rano wyjąć pasztet z formy i podawać.

WEGAŃSKI PAPRYKARZ

SKŁADNIKI (przepis oryginalny):
½ szklanki kaszy jaglanej
2 nieduże marchewki
1 cebula
2 czubate łyżeczki koncentratu pomidorowego
1 liść laurowy
2 ziarna ziela angielskiego
½ łyżeczki wędzonej papryki, albo czubata łyżeczka słodkiej papryki
¼ łyżeczki chili
2 – 3 łyżki sosu sojowego
1 łyżka płatków drożdżowych, opcjonalnie
sól i pieprz
olej
W naszym przypadku pominęłam sos sojowy oraz papryczkę chilli. Jeśli ktoś nie lubi wędzonego posmaku to lepiej użyć słodką niewędzoną paprykę.




PRZYGOTOWANIE
Kaszę jaglaną ugotować do miękkości z odrobiną soli i oleju. Marchewkę zetrzeć na tarce na dużych oczkach, cebulę posiekać. Cebulę, marchewkę, ziele i liść laurowy smażyć na oleju. Po chwili dodać koncentrat pomidorowy. Po kilku minutach zdjąć z ognia, wyciągnąć przyprawy i zostawić do przestudzenia. Połączyć kaszę z warzywami i zmiksować ręcznym blenderem, ale nie na całkiem gładką masę, żeby ziarenka kaszy były wyczuwalne. Do smaku doprawić solą i pieprzem.


PASTA Z AWOKADO Z WĘDZONĄ SŁODKĄ PAPRYKĄ
Uwielbiam awokado w każdej postaci, najlepiej zamiast masła, którego właściwie nie jem. Awokado należy do czystej piątki, czyli owoców i warzyw, które charakteryzują się najniższą pozostałością pestycydów. Awokado znajduje się na pierwszym miejscu. Tę listę przygotowało EWG - amerykańska organizacja ekologiczna, która ogłosiła, że tylko 1% próbek awokado wykazał zawartość pestycydów. Oznacza to, że spokojnie możemy kupować ten owoc w popularnych dyskontach. Z tego też powodu w planie mam w najbliższym czasie wprowadzić je do diety Lilianki - mam nadzieję, że z pozytywnym skutkiem. Bo awokado to bogactwo witamin i składników odżywczych. Zaczynając od kwasu oleinowego, który obniża zły cholesterol, a dodatkowo czterokrotne zwiększa przyswajalność likopenu zawartego w pomidorach, poprzez potas, którego jest w nim więcej niż w bananach, witaminy C,E i A, a także te z grupy B, w szczególności kwas foliowy kończąc na luteinie i zeaksantynie, które pozytywnie wpływają na wzrok. 
 Przepis pochodzi ze strony ervegan.com


SKŁADNIKI:
1 dojrzałe awokado
1/2 białej cebuli
sok z 1/2 limonki lub cytryny (u mnie limonka)
1/2 łyżeczki wędzonej słodkiej papryki
sól, pieprz

Awokado przecinamy na pół i wydrążamy miąższ. Cebulke siekamy jak najdrobniej. Wszystko wkładamy do miseczki, wyciskamy sok z limonki i dodajemy przyprawy. Zagniatamy wszystko widelcem.  

Ta pasta jest idealnym zamiennikiem masła, do tego plaster dobrego pomidora i pyszna inna kanapka gotowa.









TABBOULEH

Nazywane najbardziej zieloną sałatką na ziemi. Libański przysmak, z którym jest tak jak z naszą jarzynową: ile kucharek tyle przepisów. Bazą są pomidory i kasza bulgur, u nas zamieniona tym razem na owsiany pęczak. Do tego świeży ogórek, rzodkiewka, cebulka. Konieczna jest mięta, cytryna i natka pietruszki i oliwa z oliwek. Do tego dodałam pestki granatu. Posiekajcie wszystko, co macie pod ręką. Dobre są do tego resztki warzyw, jakie zostają nam po całym tygodniu. I pamiętajcie, że warzyw musi być duuuuuużo więcej niż kaszy. Kasza to tylko skromny dodatek. I jeszcze jedno: bez mięty, pietruszki i cytryny się nie uda.

Sałatka jest orzeźwiająca, pyszna i sycąca. Poleca się na śniadania, podwieczorki, kolacje, jako śniadanie do pracy. Ze smakiem można kombinować w zależności od ilości warzyw jakie dodamy.






ŻUREK WEGAŃSKI
Przyznaje się: zakwasu nie zrobiłam sama kupiłam go w wegańskim sklepiku, ale za rok na pewno będę miała już swój. Może na co dzień nikt na śniadanie nie będzie jadł żurku, ale chcę o nim wspomnieć, bo... smakował Liliance. Z biała kiełbasą i ziemniakami, zabielony owsianą śmietaną. Choć przyznaje, że Lilka zrobiła do niego dwa podejścia: na śniadanie nie bardzo miała na niego ochotę, ale po 2 godzinnym spacerze smakował jej jakby jadła jakiś najcudowniejszy na świecie smakołyk. Myślę, że pozycja do powtórzenia na niedzielny obiad, ale już na własnym zakwasie. 
Przepis zaczerpnięty ze strony jadłonomia.com - moja niezawodna wege biblia!
Niestety zdjęcia brak.


P.S.
To była 3 Wielkanoc Lilianki. Jak sobie przypomnę jak jeszcze w zeszłym roku kombinowaliśmy co włożyć do koszyczka to uświadamiam sobie, że z jej chorobą jest coraz lepiej. W tym roku było już prawie normalnie. Poza jajkami i barankiem z masła miała wszystko. Była wędlina - domowa przygotowana przez Babcie, był pieczony własnoręcznie chlebek, był chrzan i babeczki, których nie ma na zdjęciu. Może za rok dołożymy coś nowego?:)




czwartek, 6 kwietnia 2017
Znacie ten okrzyk: Mamo!! Zjadłabym coś. Możesz zrobić jakieś ciasto??
Obiecałam słodki wpis i właśnie taki będzie. Bo pomimo, że w naszym domu nie ma białego cukru to jadamy "coś słodkiego" i nawet zdarza się, że to jest słodkie:). I podobnie, jak w przypadku fast foodów słodkie nie musi być niezdrowe. A powiem więcej słodkie może być zielone, zdrowe i baaardzo pyszne. Wszystkie przepisy są wegańskie, bez białego cukru, który akurat w poniższych propozycjach zastępujemy ksylitolem i oczywiście są bez mąki pszennej. No to zaczynamy!

WEGAŃSKI BISZKOPT Z OWOCAMI
Nie będę się wiele rozpisywać. Chyba każdy zna zapach pieczonego biszkoptu. W moim rodzinnym domu najpopularniejszą była wersja ze śliwkami. U nas najpopularniejsza jest wersja: z tym, co akurat pod ręką. Już nie mogę się doczekać pięknej soboty, kiedy spakujemy to ciasto w lnianą ścierkę i pojedziemy na piknik.
Przepis pochodzi z książki Alicji Rokickiej "Wegan Nerd".



SKŁADNIKI:
1 1/2 szklanki mąki pszennej tortowej (u nas orkiszowa typ 1050)
1 szklanka mleka sojowego (u nas owsiane lub orkiszowe)
1 łyżka octu jabłkowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia (u nas proszek bez fosforanów, czyli kamień winny)
1/2 łyżeczki sody
1/2 szklanki cukru (u nas ksylitol)
1/3 szklanki oleju
1 szczypta soli
wybrane owoce

Odmierzyć mleko, dodać do niego ocet i pozostawić na 15 minut.
Do dużej miski przesiać mąkę, dodać proszek do pieczenia oraz sodę i cukier. Wymieszać i zrobić dołek. Wlać mleko i mieszać szpatułką kuchenną. Dodać szczyptę soli oraz olej. Dokładnie wymieszać. Przelać ciasto do formy, a na wierzchu ułożyć owoce,
PIEC 20-30 MIN (do suchego patyczka) w 175 st.

Zapewniam Was, że warto włączyć dzieci w przygotowywanie tego ciasta. Dzieciaki bardzo lubią nam pomagać, a chyba najbardziej lubią kiedy mogą angażować się w takie "dorosłe" zadania. Pozwólcie im odmierzać składniki, mieszać ciasto. Niech chłoną miłość do jedzenia, a przy okazji z bliska obserwują procesy przygotowywania i tego co się dzieje, jak mleko wlejemy do mąki... A potem niech same ozdobią ciasto swoimi ulubionymi owocami. Nie szkodzi, że w jednym roku leżą 3 maliny, a w innym nie ma żadnej! Uwierzcie mi, że tak wspólnie przygotowane ciasto wszystkim smakuje lepiej, nawet ten "suchy" kawałek bez owoców.







DROŻDŻÓWKI Z OWOCAMI
Zatęskniłam za nimi. Choć nie jestem fanką słodyczy, to po 3 latach moich nieustających diet zamarzyło mi się zjeść takie małe "coś". A przy okazji dla Lilianki powstała świetna spacerowo-wycieczkowa przekąska. Najlepsze są oczywiście te świeżo wyciągnięte z pieca, ale po 2 czy 3 dniach niczego im nie brakuje. Do tego kubek pokrzywy i mamy cudowne drugie śniadanie, albo podwieczorek. Przygotowanie takich drożdżówek zajmuje dosłownie 20 minut + czas pieczenia. Ale uwierzcie mi, że nic nie zastąpi zapachu, smaku i jakości składników. Dla wymagających słodyczy można je posypać cukrem pudrem.
Ten przepis również pochodzi z mojej ukochanej książki "Wegan nerd".

SKŁADNIKI:
300 g mąki pszennej (u nas orkiszowa)
200 ml ciepłej wody lub mleka roślinnego
3 łyżki cukru, syropu klonowego lub syropu z agawy (u nas ksylitol)
50 g suchych drożdży 
1 szczypta soli
1 łyżka oliwy
owoce

Połączyć w misce wodę lub mleko, drożdże, sól i cukier (lub syrop). Mieszać, aż cukier i drożdże się rozpuszczą. Dodać 4 łyżki mąki, wymieszać i odstawić na 10 minut. Dosypać resztę mąki i wymieszać drewnianą łyżką lub ręką. Dodać oliwę i wyrabiać ciasto, aż nie będzie się za bardzo kleiło do rąk. Pozostawić całość w misce na 20 min. 
Podzielić ciasto na mniejsze kulki i spłaszczać na papierze do pieczenia. Na każdym kawałku układać owoce i lekko przycisnąć. 
PIEC 30-40 MIN AŻ DROŻDŻÓWKI SIĘ ZARUMIENIĄ W TEMP. 175 st.


To kolejna świetna propozycja do wspólnego gotowania. Po wstępnym połączeniu składników (aby oszczędzić sobie zbyt długiego sprzątania po) pozwalamy dziecku ugniatać ciasto. Lilka uwielbia ugniatanie drożdżowego ciasta. Prosi o swój kawałek i na swój dziecięco-nieporadny sposób ugniata go tworząc swoją koślawą wersję. To zadanie doskonale kształtuje motorykę mała, która podobnie jak motoryka duża nie jest dana od urodzenia. Trzeba nad nią pracować, kształtować ją i wykształcić poprzez nieustanny, swobodny ruch, a taka pomoc przy lepieniu tych drożdżówek jest doskonałym przykładem swobodnego ruchu małych rączek. Oczywiście dodatkowym aspektem jest wspólnie spędzony czas i zaangażowanie dziecka we wspólną pracę. Już nie wspominając o dumie, kiedy dzieci serwują zrobione przez siebie drożdżówki.


ZIELONE BABECZKI..... CZYLI KOKOS+SZPINAK
Kolor, zapach i smak tych babeczek jest obłędny!! Niech nikt nie myśli sobie, że jeśli one są zielone to na pewną są obrzydliwe. Wręcz przeciwnie. Są aromatyczne, cudownie delikatnie słodkie i bardzo zdrowe. A swój cudowny świeży kolor zawdzięczają szpinakowi. Niestety nie mogą ich spożywać osoby, które mają problemy z nerkami.
Przepis pochodzi z bloga www.wszystkojestwglowie.pl

SKŁADNIKI:
1 szklanka mąki
1 szklanka wiórków kokosowych
1/2 szklanki cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
oraz
ok. 10 dkg szpinaku ŚWIEŻEGO
1/2 szklanki mleka roślinnego
1/3 szklanki oleju
1 łyżeczka octu (obojętnie jakiego i tak odparuje)

Mieszamy suche składniki. W drugiej misce miksujemy składniki mokre oraz szpinak. Łączymy obie masy i nakładamy do foremek. 

Pieczemy ok 20 - 30 min do suchego patyczka w temp. 180 st.
Aby uzyskać smak batoników Bounty i dla tych, którzy chcą i mogą babeczki można polać rozpuszczoną gorzką czekoladą.



                                      
Zakończenia dziś nie będzie. Napiszę tylko...
SMACZNEGO!


ZDROWY FAST FOOD!?! TAK TO MOŻLIWE!!

sobota, 18 marca 2017
Dawno nie było wpisu kulinarnego, oj dawno. I choć dziś sobota, a o kuchni miały być posty w czwartek, ale nasz dzisiejszy obiad natchnął mnie żeby napisać.

Dlaczego? Bo Lila zażyczyła sobie burgera. I pomyślałam właściwie dlaczego nie! Przecież fast food może być zdrowy, może być pyszny, może być w 100% zrobiony w domu. A do tego szczęście dziecka jest moim szczęściem, szczególnie przy wszelkich ograniczeniach Lilki.
I tak oto dziś przedstawimy Wam nasze przepisy na dwa klasyki fast foodu.
Proszę Państwa przedstawiam Liliburgera oraz Lilipizze! 

Nasza dieta, tzn. moja i Lilki, bo Ojciec czasem lubi się wyłamać opiera się głownie na warzywach, kaszach, roślinnych zamiennikach nabiału i owocach. I choć Lilka lubi te moje w większości wegańskie wymysły, czasem chcę jej dać coś co jedzą też inne dzieci. Wtedy zaczynają się moje kuchenne kombinacje. Naszym wielkim odkryciem był wegański ser bazujący na oleju kokosowym, który dał nam możliwość zrobienia pizzy, takiej prawdziwej pizzy. Do tego w jednym z wegańskich sklepów internetowych znalazłam ketchup dla dzieci, w którym nie ma cukru i innych cudownych dodatków, od których można w nocy świecić. I tak powstała Lilipizza. A, że mojemu dziecku wystarczy sos pomidorowy, oliwki i ser nie mam problemu z doborem składników. Ale jeśli mamy w domu domową wędlinę to dokładamy ją, czasem dorzucamy szpinak, czasem ląduje tam też ogórek kiszony (naprawdę polecam dodać go do pizzy).

Co poza serem jest w naszej pizzy innego? Ciasto oczywiście powstaje na bazie mąki orkiszowej, choć w planie mam zrobienie pizzy na spodzie z mąki żytniej. Do tego pyszny pachnący cebulką, czosnkiem i ziołami sos pomidorowy. I to jest chyba główna tajemnica, bo pizza pięknie pachnie i smakuje.


PRZEPIS (starczy na 3 takie małe pizze):
500 gramów mąki orkiszowej
1 łyżeczka soli himalajskiej
20 gramów świeżych drożdży
1 łyżeczka cukru (u nas ksylitol)
ok. szklanki wody
6 łyżek oleju

Drożdże rozrabiamy z cukrem, zostawiamy na chwilę i dodajemy wodę. Rozczyn wlewamy do miski z mąką, solą i olejem. Wyrabiamy. Miskę z ciastem przykrywamy mokrą ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 1-1,5h, aby podwoiło objętość. 

Uderzamy pięścią ciasto (mój mąż się śmieje że to mój ulubiony etap produkcji) i tworzymy pizze ze składnikami wg uznania.






Z burgerami historia jest podobna, a tajemnica ta sama: wszystkie jego elementy powstają w domu. Bułkę pieczemy z mąki orkiszowej, kotleta robimy z własnoręcznie mielonego mięsa i pieczemy go w piekarniku. Jako, że Lilka nie może jeść wołowiny u nas burger jest wieprzowy, ale aromatycznie doprawiony cebulką, czosnkiem i ziołami jakie tylko mamy pod ręką. Do tego plastry pomidora, ogórka kiszonego i świeżego i sos, dziś mój nowy wymysł: sos czosnkowy zrobiony na bazie odparowanej śmietanki owsianej. Aby klasyka była klasyką do burgera serwuje frytki... z batata. Do tego dodajcie warzywo: gotowanego brokuła, fasolkę szparagową lub tak jak dziś u nas groszek cukrowy. I zdrowy, a dodatkowo pożywny obiad gotowy, a dzieciaki zadowolone.









Tak oto można odczarować tłuste, niezdrowe, słone, nafaszerowane chemią sklepowe i barowe burgery. Przeraża mnie widok, kiedy mama z dziećmi lat ok 7 kupuje w markecie (i to najczęściej w piątki) gotowe, pakowane burgery składające się wyłącznie z nadmuchanej białej pszennej buły i kotleta z nikłą zawartością mięsa. Przecież takiego burgera można w prosty sposób zrobić w domu. Jeśli nawet nie mamy czasu na smażenie burgerów, wystarczy kawałek piersi z kurczaka, pomidor, ogórek, dobry keczup, majonez i już. Może don't taste like McDonald's, ale jest zdrowo. A jeszcze bardziej dziwi mnie, że producent ma tyle odwagi i ignorancji dla zdrowia ludzkiego wypuszczając coś takiego do sprzedaży.

Domowy fast food nie jest trudny, wbrew pozorom nawet jeśli nie chcemy/nie mamy czasu/myślimy że nie umiemy upiec domowej bułki możemy kupić zdrową alternatywę dla pszennego pieczywa. Dostępne są przecież bułki chociażby graham, owsiane, czy żytnie. Zrobienie kotleta to kwestia 5 minut. Warto czasem tego kotleta zamienić na wegańską wersję np. z ciecierzycy lub kaszy jaglanej. Do tego kilka pokrojonych w plasterki ulubionych warzyw naszych i naszych dzieci i weekendowy obiad czy kolacja gotowe. A zapewniam, że radość jest wielka, a nasze dzieci bardzo doceniają to, e te burgery zrobione zostały naszymi własnymi rękoma, specjalnie dla nich. A po zjedzeniu i oblizaniu palców możemy być z siebie dumni!:)


Ale żeby nie było tak słodko,że u nas tylko domowo i zdrowo i w ogóle ę ą czasem zdarza się tak, że fast food jest fast foodem i Lila dostaje frytki:) Oczywiście po uprzednim upewnieniu się, że w oleju smażone są tylko i wyłącznie frytki. Najlepiej jednak smakują te zrobione w domu po prostu  z pokrojonych ziemniaków, zapakowane w własnoręcznie zrobiony i ozdobiony rożek i zabrane na spacer nad morze!





A następny wpis będzie o zdrowych, pysznych słodkościach. Będzie ciasto z owocami, zielone babeczki smakujące jak Bounty i drożdżówki z owocami. Wyczekujcie. Będzie smacznie i pięknie!

BO ALERGIA JEST GŁUPIA...

sobota, 11 marca 2017
Ostatnio dopadł mnie jakiś gorszy okres. Obezwładniające zmęczenie, nieustanna frustracja, wiele wątpliwości. Po okresie wyciszenia u Lilki znów nastały gorsze dni, a najgorsze w nich to, że nie znam przyczyny. Z dnia na dzień zrobiło się gorzej i z dnia na dzień się poprawiło. Kilka fatalnych nocy, późne chodzenie spać i wczesne wstawanie wykończyły mnie. Jestem ledwie chodzącym kłębkiem nerwów. A potem nastał taki wieczór, że pomyślałam sobie, że mimo wszystko nie jest źle. A może po prostu trochę lepiej się wyspałam? 

I tak mimo wszystko myślę, że jestem niezłą szczęściarą, bo życie tak się ułożyło, że mam możliwość "siedzieć w domu". Choć są takie dni, że oddałabym Lile komukolwiek, gdziekolwiek. Lilka urodę odziedziczyła po tacie, ale charakterek podobny do mojego. Oj tak! Mała, charakterna Kaszubka nam rośnie. I choć czasem ten temperament mocno utrudnia nam funkcjonowanie, to lubię w niej ten opór i chęć stawiania na swoim. Wiem, że dziewczyna sobie w życiu poradzi. Szczególnie w przypadku jej choroby, która stała się głównym powodem mojego siedzenia w domu. I dziś nie wyobrażam sobie żeby zaprowadzać ją codziennie do przedszkola. Mój mózg by zwariował. Od 3 lat jestem z nią właściwie 24h na dobę. Mogę wszystko kontrolować: co je, z czym ma kontakt, czym się bawi. Mogę reagować na każde zaczerwienienie, krostkę, pokrzywkę, uchronić ją od okropnego rozdrapania. A jeśli coś się zdarzy umiem już reagować i jej pomóc. Nie mogłabym spokojnie siedzieć w domu czy w pracy. Wciąż myślałabym czy coś jej się nie dzieje, czy się nie drapie, czy jakieś dziecko nie przyniosło z domu cukierka, którym właśnie częstuje Lilke, czy nie zapomniało umyć rąk po zupie mlecznej. Tak, tak! Może się to wydawać jakąś abstrakcją, ale wystarczy, że dotknie ją ktoś, kto miał kontakt z produktem zawierającym krowie mleko i mamy mega pokrzywkę. Dużą część mojego życia zajmuje przygotowywanie posiłków, czytanie o zrównoważonej diecie, szukanie alternatyw dla posiłków, których Lilcia jeść nie może. Dbanie żeby niczego jej w diecie nie zabrakło. Całymi dniami ją obserwuje czy nie występuje jakaś reakcja, czy dłonie nagle nie robią się czerwone. Już nawet nie zliczę ile razy dziennie pytam ją czy wszystko jest ok? I choć wiem, że wokół niej nie ma żadnych zagrożeń w postaci jedzenia, bo takich rzeczy po prostu w naszym domu nie ma lub są one niedostępne dla Lilci. Do tego wiem, że Lilka wie jakich produktów jeść nie może, bo wymienia je jednym tchem to i tak cały czas drże. Ostatnio ciągle się boje, że coś jej się stanie. W mojej głowie szaleją okropne myśli, że ktoś ją porywa, że wpada pod samochód, że wypada z okna, albo że zjada coś, co powoduje wstrząs anafilaktyczny i nie zdążam z pomocą. Jakieś dwa miesiące temu zdarzyło się, że w czasie podróży do Warszawy zatrzymaliśmy się na stacji, bo musiałam do toalety. Lilka oglądała w tym czasie coś na telefonie. Wyskoczyłam szybko, a oni czekali w samochodzie. Wracam, patrzę, a ona śpi! Wciągu kolejnych 20 minut 15 razy sprawdzałam czy ona, aby na pewno oddycha! Czy to nie było jakieś omdlenie albo czy się nie zakrztusiła, albo czy coś nie spowodowało jakiejś opóźnionej reakcji. 

Jestem wdzięczna, że mogę siedzieć w domu. Moja głowa i moje serce są spokojniejsze. Moje macierzyństwo mimo przeciwności jest spokojniejsze. A dodatkowo mogę Lilce poświęcać tyle czasu ile ona potrzebuje. Widzę, że cały mój wysiłek, trud, nieprzespane noce, głaskanie, gdy swędzi, spanie z nią w jednym łóżku przynoszą wymierny efekt. Liliana jest szczęśliwym, pogodnym, bystrym dzieckiem. Jest bardo empatyczna, kocha zwierzęta, przyrodę i jedzenie! Szczególnie to ostatnie bardzo mnie cieszy. Na szczęście Lila się nie buntuje, że czegoś nie może jeść. Dla niej to jest normalne, że ma alergie, że musi zakładać bandaże na rączki, że musi się smarować kremami. Czasem kiedy daje jej coś do jedzenia pyta: a to nie jest z mąki pszennej? albo   a w tym nie ma mleka? Widzę, że jest świadoma swojej "odmienności". I cieszy mnie to podwójnie, bo wiem, że to duża zasługa nas rodziców, pracy z nią, wyjaśniania wszystkiego na spokojnie, ale też spokojnego przyjmowania przez nas samych tego, co dał nam los i zmienienia swojego życia. Choć nie będę ściemniać. Czasem mam już dość! Czasem tak zupełnie po ludzku jestem zmęczona, wypalona, nie mam siły funkcjonować. Szczególnie po nastej nieprzespanej nocy, kolejnym dniu pełnym niespodzianek, kolejnym produkcie, który wypada z lilkowego menu siadam wieczorem i mam łzy w oczach i niemoc w sercu i głowie. Bo rodzica najbardziej boli, kiedy nie może pomóc własnemu dziecku.  

I mimo całej tej pracy Lila ostatnio powiedziała, że cała ta alergia jest głupia.
I ma racje. Głupia jak nie wiem co! I dlatego staramy się jej umilać życie jak najlepiej i najczęściej. Częste wyjazdy związane z moim leczeniem stały się do tego doskonałym pretekstem. Lila odrywa się od swojego życia tu, na miejscu. Może zjeść w restauracji, zwiedza muzea, odwiedza hotele.
A czasem, tak jak w ostatnią środę ta przyjemność to pozwolenie rodziców na zjedzenie frytek z keczupem. Miejsce nie miało znaczenia... McDonald's był akurat pod ręką. Złote łuki na czerownym tle nie robią na niej wrażenia. Ważne były frytki... z żółtych ziemniaków!! I to, że do Warszawy pojechała z mamą i tatą pociągiem!


 Życzenie Lilki na dzień kobiet: pójść do muzeum pająków:)








KREATYWNIE, HAND MADEOWO, PREZENTOWO.

czwartek, 2 lutego 2017
Może i post trochę nie aktualny, bo związany z Dniem Babci i Dziadka, ale zapotrzebowanie na prezenty jest zawsze aktualne. A jak wiadomo cieszą te zrobione własnymi rękami, szczególnie przez nasze dzieciaki. Uwielbiam dostawać w prezencie coś, co ktoś stworzył specjalnie dla mnie, wkładając w to trochę swojej siły, pomysłowości i czasu. Takie prezenty nawet jeśli kosztują 5 zł cieszą bardziej niż te sklepowe za miliony monet. Tego też uczymy Liliankę, a ona w cudowny sposób to podłapała. No wiadomo, że jako 3 latka potrzebuje trochę naszej pomocy, nakierowania, czasem pomysłu (choć tego jej nie brakuje). Jest jeszcze jeden plus robienia tych hand madów... ja się niesamowicie przy tym relaksuje:))

A więc dziś trochę o kreatywnych zabawach, których efektem były prezenty na Dzień Babci i Dziadka. Dzielę się dziś pomysłami, bo można je wykorzystać jako prezenty na urodziny, imieniny, w podziękowaniu, jako miły gest, albo po prostu jako kreatywną zabawę z dzieckiem. Uwierzcie mi na słowo, że też będziecie się dobrze bawić!:)) A potrzeba niewiele: trochę mąki, soli, wody, klej poliestrowe kuleczki, podkładki pod kubki, farbki. I jeszcze jedno: dużo cierpliwości, bo będzie bałagan.

A WIĘC... ROBALE.

środa, 25 stycznia 2017
A więc... robale. Temat powraca jak bumerang. Po lipcowym odrobaczaniu i chwili spokoju, znów jest gorzej i gorzej. Lila znów przestała rosnąć, nie przybiera na wadze choć je jak dorosły facet, na całym ciele wysypka niewiadomego pochodzenia, suche plamy, czerwone plamy, plamy tu, plamy tam, które nie znikają po lekach, nawilżanie nic nie daje, zasuszanie też nie. No i ciągłe drapanie. Zapadła więc decyzja: trzeba Lilce zrobić przegląd: mocz, badania krwi i to nie tylko morfologia, ale też tarczyca, ferrytyna, próby wątrobowe, CRP,  IgE całkowite, a jak już ją kuliśmy to powtórzyliśmy też testy alergiczne pokarmowe, do których dołożyliśmy sierść psa i kota. Do tego akurat była pełnia, więc znów zrobiliśmy zbiórkę kupy, żeby wysłać do Warszawy do laboratorium. To całe zbieranie kupy (chyba już 10 raz) w pewnym momencie zrobiło się zabawne. Lilka do mnie przybiega i szepcze:  Mamo, chcę kupę.  Na co odpowiadam: Ok, to lecimy do toalety. Lilka dopytuje: ale na dużą toaletę czy na nocnik? (na nocnik robiła w dni zbiórki) Ja: na dużą. Lilka: a to dziś nie musimy kupy pakować do kubeczka? :)  To pakownie kupy to już był cały rytuał. Najpierw chodziłam i w myślach błagałam żeby Lilka zrobiła kupę, bo trzeba było zbierać w konkretne dni. A potem jak już Lila zrobiła, to szybko wstawała, mówiła: nie patrz , nie patrz, wycierałyśmy pupę, a ona zwiewała z łazienki krzycząc: już możesz patrzeć!:) A ja zostawałam z niezła kupą, kubeczkiem i tą malutką łopatką dołączoną do kubeczka:) Resztę pozostawiam Waszej wyobraźni...:)

Jedynym, naszym ratunkiem była wizyta u dr Ozimka. Wchodzę na stronę chce się rejestrować i co? Do końca roku brak choć jednego malutkiego wolnego terminu. Jak to?!? Przecież to wizyta prywatna!! Przecież tu chodzi o robaki, a nie grypę!! Jakimś cudem udało nam się dostać do akurat na dzień, w którym i tak musieliśmy być w Warszawie. Lilka tylko weszła do gabinetu, a on już wydał wyrok: lamblia i zapewne coś jeszcze. Do tego stwierdził, że morfologia ma charakterystyczny rozmaz dla lamblii, do tego niski poziom ferrytyny, krótkie włosy, mały wzrost i waga. No to znów odrobaczanie, sprzątanie, parzenie wrzątkiem, wielkie pranie. Oby pomogło. Oby te maleńkie stworzonka były choć 1% naszych problemów. Bo czasem można już zgłupieć, czasem oszaleć, czasem jak jest przez chwile lepiej to zapominam o tym, a potem wszystko wraca ze zdwojoną siłą.

Przez ostatnie 3 miesiące wielokrotnie zdarzało nam się, że u Lilki pojawiały się nagłe pogorszenia. W tym czasie zawsze w okolicy pełni skóra nagle pogarszała się, a nie zmienialiśmy nic w diecie, pielęgnacji, ani proszku do prania. Przyczyny niektórych udało mi się wytropić jak np. to, że Lilka dotknęła taty, który wcześniej dotykał swojego preparatu z mleka, po czym potarła buzie, co skończyło się wielką pokrzywką na całej twarzy. Jednak wiele z tych incydentów pozostaje zagadką. I chyba decyzja o odrobaczaniu była tą dobrą, bo po 3 dniach od zakończenia pierwszej serii i przeleczeniu Elidelem buzi, która była w najgorszym stanie jest duuużo lepiej. Buzia jest miękka i pozbawiona zmian, które jak na razie nie wracają. Co najważniejsze Lila nie masakruje już swoich dłoni w nocy, nie budzimy się w łóżku zalanym krwią, nie muszę odrywać od jej dłoni czy innej części ciała przyklejonej piżamy, nie muszę codziennie rano zmieniać opatrunków. Właściwie to od 3 dnia ich nie robiłam. Lilianka nie musi już koniecznie spać w opatrunku, a na to jeszcze skarpetkach, nie szarpie już w nocy uszu, nie trze buzi, nie drapie kolan. Od 3 dni śpi. Tak po prostu śpi. Za to ja budzę się i sprawdzam z przyspieszonym oddechem czy ona aby na pewno oddycha. Jakoś tak po 3 latach niespania, a były momenty, że spałam po 3h taka noc jest dla mnie przerażającą, ale cudowną odmianą. Co najważniejsze Lilcia odpoczywa. Jak wiadomo sen, szczególnie ten nieprzerwany jest dla nas zbawienny. W czasie snu nie tylko odpoczywamy, ale też regenerujemy się. W czasie snu dzieci rosną. I myślę, że to jest jedna z przyczyn tego, że Lilianka jest na 15 centylu jeśli chodzi o wzrost. Do tego podobnie wygląda z wagą, ale to już "zasługa" lamblii, która zjada wszystko, co ważne dla naszej Lilki.

I tak jestem w szoku, że Lilka pomimo tych swoich wszystkich przygód, a w większości są one związane z jelitami, a jak wiadomo zdrowie pochodzi z brzuszka nie choruje, jest silna i pogodna. Pewnie właśnie w tej chwili z niejednych ust pada argument, że nie chodzi do przedszkola. Tak to prawda, ale chodzimy na zajęcia z muzyki, bywamy w centrach handlowych, sklepach, spotykamy się ze znajomymi, z rodziną, co chwile gdzieś wyjeżdżamy. A ona rzadko coś łapie, a jak już złapie to szybko i bezboleśnie z tego wychodzi. Myślę, że to wszystko zasługa diety: bardzo mało słodyczy, a te które je robimy głównie w domu, dużo kasz i warzyw w diecie. Do picia tylko woda albo herbata miętowa, czystek, rooibos. Wszystko to wzbogacone symbiotykiem i suplementacją witaminy D, której Lilka mimo ograniczonej diety (nie je ani ryb, ani jajek, ani krowiego nabiału, czyli naturalnych źródeł tej witaminy) nie ma niedoboru. Do tego nieprzegrzewanie, a raczej jak mówią nasze mamy "zimny wychów":))

W piątek zaczynamy drugą serie odrobaczania. 8 dawek przemycanych 2 razy dziennie w owsiance albo innym pokarmie. Trzymajcie kciuki!



Tak było przez ostatnie 2-3 tygodnie. Nic nie pomagało. Ani maści, ani smarowanie, ani zasuszanie. Zupełnie nic. Nagle 3 dni po odrobaczaniu.....





... ta sama maść, która wcześniej nie przynosiła żadnego rezultatu w 2 dni uleczyła skórę Lilianki.
Tak jest po 8 dawkach i 3 dniach przerwy. Jak na razie zmiany nie wracają, choć swędzi to tu to tam.
Mam nadzieję, że po powtórnej dawce będzie już tylko lepiej. Oczywiście nie wierzę, że to tylko pasożyty były przyczyną naszych problemów i wiem, że one nie znikną, ale mam nadzieję, że były choć w kilku % powodem nasileń i kiepskich nocy.



NO I SIĘ ZDARZYŁO...

środa, 21 grudnia 2016
W ciągu ostatnich dwóch tygodni zdarzyły się w moim życiu dwa pierwsze razy!

Pierwszy raz był taki, że 26-27 listopada byłam na Konferencji Bliskości. Nie sama. Towarzyszyła mi moja rodzinka, ale i tak było to dla mnie wielkie wyzwanie, że ja tam sobie siedziałam 4h na Konferencji i przez te 4h nie widziałam mojego dziecka, bo ona najpierw bawiła się wraz ze swoim ojcem w przedszkolu (swoją drogą cudnym monentesoriańskim skąd Lilka nie chciała wychodzić), a potem poszła sobie sama z tatą na falafele i wystawę pająków i do Pałacu Kultury i dopiero po 18 spotkaliśmy się. To było dla mnie wielkie przeżycie. Przeżyłam to bardziej od Lilki, a przecież nie powinnam się martwić, bo była ze swoim ojcem. A jednak ciałem byłam na sali, uszy słuchały wykładów, ale mózg cały czas błądził po Warszawie za moim dzieckiem. Z drugiej strony byłam podekscytowana, że siedziałam na jednaj sali z Agnieszką Stein, Hafiją, Justyną Dąbrowską czy Moniką Szczepanik, byłam na wykładzie dr Evelin Kirkilionis, a do tego otoczona setką kobiet karmiących piersią i tulących swoje dzieci w chustach lub nosidłach. Żyć nie umierać, choć przyznam, że brakowało mi, że nie mam swojego wkładu w tę cudną atmosferę. No, ale... po prawie 3 latach macierzyństwa zrobiłam coś sama dla siebie. Mogę nawet powiedzieć, że w końcu odważyłam się zrobić coś na co miałam ochotę, co sprawiło mi wielką radość. I okazało się, że wbrew pozorom i obawom moje dziecko doskonale sobie beze mnie radzi:) No, ale jak to?? Bez mamusi? Bez mojego nadzoru? A tak to droga mamo! Twoje dziecko jest już samodzielnym 3 latkiem. No właśnie... te nasze wyjazdy do Warszawy sprawiły, że Liliana jest bardzo samodzielna i odważna. W hotelach radzi sobie bez najmniejszego problemu. Wie gdzie są windy, co trzeba nacisnąć, w którą stronę iść, jak otworzyć pokój. Na śniadaniach doskonale wie, co i jak trzeba robić. Od lipca średnio raz w miesiącu, a ostatnio zdarzało się, że co 2 tygodnie jesteśmy w Warszawie. Te podróże bardzo rozwijają Liliankę. Uczą ją cierpliwości - no cóż niestety w samochodzie trzeba wysiedzieć te 4h. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Teraz zdarza się, że marudzi, ale podróże są dużo bardziej przyjemne, proste i już tak bardzo mnie nie przerażają. Czasem jest tak, że Lilcia ogląda bajki, czasem rozwiązujemy zagadki, czytamy bajki, a zdarzyło się nawet tak, że z Konferencji Lilianka przez ponad godzinę jechała z przodu bawiąc się z nami w zgadywanie kolorów samochodów. Już tak bardzo nie drżę wsiadając do samochodu, choć na wyprawę w góry wciąż jest za wcześnie i chyba jeszcze długo będzie:)

Mój drugi macierzyński pierwszy raz zdarzył się 10 grudnia. Uwaga! Uwaga! Pierwszy raz zostawiłam Liliankę na 12h z dziadkami! Postanowiliśmy, że te wyjazdy z Lilką z koniecznością noclegu robią się strasznie drogie, więc zaryzykowaliśmy zostawić ją i wyjechać spokojnie z samego rana tylko we dwoje. Przygotowywałam ją na to przez cały tydzień codziennie przypominając że w sobotę nie obudzi się obok mamy, ale za to będzie babcia Jola i dziadek Paweł i cały dzień zabaw. Wymknęłam się z łóżka całując w czoło i zostawiając śpiącą spokojnie Liliankę. Wyjechaliśmy o 6:40, a już o 7 chciałam dzwonić czy wszystko w porządku. Wytrzymałam do 8:30 i jak się okazało Lilka jeszcze spała. Jak dzwoniłam później to powiedziała mi, że jej przeszkadzam:)) I trochę mnie to uspokoiło. Zresztą uświadomiłam sobie, że nie mam żadnego wpływu na to, co robi i jak sobie poradzi z ewentualnymi porażkami, a powodzenie tego dnia leży tylko w rękach dziadków. I z tą myślą udało mi się spokojnie zjeść śniadanie z moim mężem, rzucić się w wir świątecznych zakupów i przeżyć wizytę w Klinice. Wróciliśmy po 12h ja przerażona tym, co opowiadać będą moim rodzice, jak ciężki był to dzień, a zastałam ciszę i spokój i zadowoloną Liliankę ubraną w sukienkę i dres i przszczęśliwych dziadków wychwalających jaka to ich wnucza jest cudowna i grzeczna:)))) Wielki, słodki przytulas wynagrodził mi wszystkie obawy, złe myśli i zmęczenie całego dnia. Najważniejsze było to, że moje dziecko było szczęśliwe, a dziadkowie czekają na kolejną opiekę. Nie wiem tylko czy ja jestem gotowa na kolejną samotną wycieczkę:)