BO CZASEM ŻYCIE NAS ZASKAKUJE I WTEDY DOSTAJE SIĘ KWIATY:))

czwartek, 30 czerwca 2016
Wczoraj spotkała mnie niezła sytuacja. Stoję na przejściu pod Wieżą Ciśnień. Lilianka w chuście na plecach. I widzę, że po drugiej stronie przy murku stoi starszy Pan i nie może ustać na nogach. Próbuje wstać, ale nie bardzo mu to wychodzi.  Trzyma się za głowę. Dookoła porozrzucane rzeczy, zapewne zakupy. Moja pierwsza myśl: jest gorąco, pewnie Pan zasłabł. Trzymał się za klatkę piersiową. Trochę przerażona no, bo jeśli to coś poważnego to co zrobię? W myślach przypominam sobie numer alarmowy. Postanawiam: trzeba mu pomóc. Szczególnie, że nikt z przechodniów, a wszyscy się gapią nie zamierzał do Pana podejść. Więc podchodzimy.
Pytam: Czy wszystko w porządku? Mogę Panu jakoś pomóc?
I słyszę: wszystko ok. i Po chwilo zastanowienia: a może mi Pani pomóc wstać?
Pan z charakterystycznym wyziewem paszczowym słaniając się na nogach wyciąga do mnie rękę. Na szczęście wielkich gabarytów nie był. Wstał i mocno chwiejąc się na nogach ma drugą prośbę:
A poda mi Pani o to. I wskazuje wzrokiem na leżący na murku kartonik zacnego wina wiśniowego zapewne za 2,99. Dookoła kartonu porozrzycane pomarańczowe lilie. Na bank z odzysku albo właśnie zawinięte z jakiegoś ogrodu. Zgaduje: a kwiaty to dla ukochanej? Szanowny Pan pozbierał kwiaty i mówi: nie. Te kwiaty są dla Pani! :))) Po czym tanecznym krokiem z kartonem wiśniowego zacnego napoju oddala się a ja zostaje z pękiem poobijanych lili. Zawsze wiedziałam, że TEN typ mężczyzn ma gest. I zrobiło mi się jakoś tak miło. Bo i dobry uczynek zrobiłam, i przykład dziecku dałam i kwiaty dostałam. Aż chce się żyć.
 
Najgorsze w tej historii jest to, że Pan z daleka wcale nie wyglądał na "niegodnego" pomocy. Wyglądał jak starszy Pan, który ma problem z oddychaniem i bardzo potrzebuje pomocy. Ale trzy Panie stojące na przejściu dla pieszych od strony szpitala zawyrokowały od razu: Pan nie zasługuje na pomoc. No bo jeszcze ubrudziłyby swoje piękne uprasowane sukieneczki.
 
 
 
A we wtorek byłam na zlocie czarownic, bo chyba tak można o nas powiedzieć:) Udało się zrobić prawdziwe mamowe spotkanie, gdzie na pierwszy ogień poszły chusty. I chociaż za wiele nie nosiłam Lilki jak była młodsza, bo zabrakło mi cierpliwości to jestem mega fanką i kocham chusty. A takich jak ja znalazło się jeszcze kilka i wszystkie znalazłyśmy się w jednym miejscu. Spędziłyśmy sobie 4h wrzucając tobołki z naszymi dziećmi na plecy, gadając o robieniu pasty do zębów i płynu do naczyń i mieszkaniu na wsi. Mam nadzieję, że to pierwsze spotkanie z wielu! Jest ekipa, jest dla kogo, są nowe pomysły. Tym razem chyba uda nam się dłużej się ponosić, bo Liliance spodobało się bycie plecaczkiem, już drugi dzień chodziłyśmy sobie z plecaczkiem. 45minut w chuście to mega wynik i wielki odpoczynek dla moich rąk, na których pewnie wylądowała by Lilka. A Lilka bardzo szczęśliwa. Mówi, że lepiej wszystko widać. No i jest jeszcze jeden pozytyw: wiązanie zmusza mnie do wyprostowania się. Bardzo żałuje, że odpuściłam wiązanie jak Lilka miała 3 miesiące. Bardzo wtedy denerwowała się przy wiązaniu, a ja nie miałam ani cierpliwości, ani wiedzy jaką mam teraz. Ale teraz już jej nie odpuszczę. Nawet jeśli moje wiązania nie są doskonałe, nie są idealnie dociągnięte, czasem gdzieś coś wystaje to najważniejsze jest, że obie mamy z tego radochę.
 


 



 
 

2 komentarze

  1. A jak. Trzeba szukać pozytywów w naszym pokręconym życiu.

    OdpowiedzUsuń