KIEDY NASTĘPNE? A WY JESZCZE NIE MACIE DZIECI?!?

niedziela, 7 sierpnia 2016
Miesiąc temu napisałam chyba najważniejszy post od powstania tego bloga. Post o dzieciach, których nie było mi dane przytulić. Poronienie - największa moja życiowa trauma. Wiszę w przestrzeni życia i śmierci. żyję pomiędzy tu i teraz, a moim Stasiem - wszystkim, czego mi w życiu potrzeba było. Mam z nim swój własny świat, w którym on żyje, rośnie, dojrzewa. Widzę go o dziwo nie jako noworodka, ale jako dorosłego, wysokiego przystojniaka, który wychodzi na spotkanie z kumplami, a ja już lekko siwa matka poprawiam mu koszule. On już na zawsze będzie żył w moim sercu, w moim umyśle, będzie mi towarzyszył przez całe moje życie. Zajmuje wyjątkowe miejsce.

Długo się wahałam czy w ogóle cokolwiek napisać, czy wypada, czy warto, czy nie za intymnie, prywatnie. Wsparł mnie mój mąż, który mówił pisz i publikuj. Niech wiedzą. Dziś wiem, że dzięki niemu podjęłam jedną z trafniejszych decyzji w moim życiu. Uwolniłam z siebie ogrom negatywnych, złych, pogrążających mnie i moje macierzyństwo emocji. Emocje, które siedziały we mnie gdzieś bardzo głęboko, w końcu znalazły swoją drogę wyjścia. Ból nigdy nie minie, ale ważne jest to, że wróciło do mnie bardzo dużo "pozytywnych" odpowiedzi. Ktoś mówi, że uświadomił sobie, że już pora zacząć starać się o dzieci, bo czas ucieka, ktoś inny piszę do mnie wiadomość, że pomogłam mu się uporać z jej przeżyciami, ktoś prosi o namiary do kliniki, pyta jakie badania zrobiłam. Ktoś inny pisze, że wspomni o mnie w swoich modlitwach. Naprawdę czuję, że było warto. Wszystkim za dobre słowa i za odzew.. Dziękuję, bo to też Wasza odwaga.  

Opisując swoje przeżycia chciałam uświadomić innym, że to się dzieje. Nie w kałuży krwi, na środku ulicy, po upadku ze schodów, choć to pewnie też się zdarza, ale tuż obok nas, w intymności domowego zacisza. Że mamy przeżywają to w smutku i samotności, bo czasem ani rodzina, ani mąż nie wiedzą o tym co się stało. I bardzo często nie pokazują swojego cierpienia całemu światu. Na zewnątrz uśmiechają się. Gdy spotkają Cię na ulicy opowiadają anegdotki, albo o nowej sukience, a w środku ból rozrywa je na tysiące kawałków. Spotkaną ciężarną koleżankę ma ochotę co najmniej zabić, a mijany wózek z noworodkiem ukraść i wyjechać na koniec świata.  Dzięki temu, że opisałam swój ból otworzyłam się, mam czystą głowę i serce. Wiele wybaczyłam i sobie i innym. Dzięki temu, że trafiłam do kliniki w Warszawie znam powód moich poronień. Wraz ze śmiercią moich Aniołków narodziłam się na nowo. Są dni, że czuje się okropnie, ale patrzę na moją małą Królewnę i myślę sobie, że mam wielkie szczęście. Są pary, które latami bezowocnie starają się o dziecko. Ja mam piękną, mądrą, bystrą mała gadułę. Cokolwiek by się nie stało ja już mam jedno dziecko. Dziecko, które trzyma mnie przy życiu, które jest całym moim światem.


Chcę jednak przestrzec Was przed jednym! Nie pytajcie nigdy swojej bezdzietnej lub małodzietnej koleżanki, cioci, kuzynki, znajomej, sąsiadki czy przypadkowo spotkanej kobiety dlaczego nie ma dzieci, albo ma tylko jedno. Nie znasz powodu, ani przyczyny. Nie pytajcie kiedy? Nie napierajcie,że to już czas. Nie mówicie, że zamiast robić coś, lepiej robili by dzieci. A może oni się starają od 2,3 albo 10 lat? Ale coś lub ktoś im w tym przeszkadza lub nie pomaga. Może nie trafili jeszcze na swój czas. A może mają problemy zdrowotne, albo nie trafili jeszcze na lekarza, który potrafił im pomóc. Może są w trakcie leczenia. A może właśnie wydali ostatnie pieniądze na kolejne badania, starania i próby. Może wzięli kredyt na in vitro i jest to ich ostatnia w życiu szansa. Przynajmniej w ich przekonaniu w obecnej sytuacji. Jedna jedyna życiowa szansa. Być albo nie być rodzicem.

Muszę się przyznać, że zdarzało mi się czasem rozmawiać o planach rodzicielskich. Ale to tylko w przypadku bliskich znajomych, bądź przyjaciół. To nie jest ani wścibstwo, ani poganiania, ani natrętne wypytywanie. Naturalna rozmowa. Nigdy nie zaczynana przeze mnie. I to myślę jest ok. W gronie najbliższych przyjaciół. Najgorsze jest kiedy spotyka się ciotkę, którą widzi się raz w roku albo dawno nie widzianą koleżankę i się zaczyna "A Wy jeszcze nie macie dzieci?" "A dziecko X nadal nie ma rodzeństwa?", "Nie planujecie? Jak to?!?" Przecież macie już po 30 lat. Mnie to nie spotkało. Ale bardzo współczuję tym dziewczyną, które tego doświadczyły. Szczególnie tym, które od lat się starają, robią wszystko żeby w wymarzoną ciąże zajść, a jednak nie mogą.

Teraz zbliża się nasz wielki czas. Mija miesiąc leczenia, po którym dostaliśmy pozwolenie na działanie. Jestem pełna pozytywnych emocji, czuje się świeża, oczyszczona i wierze, że tym razem szczęśliwie się uda. Wyjeżdżamy niedługo na urlop, odpoczniemy, będziemy razem, tylko we troje. I wiem, że się uda!

Choć wciąż bezwładnie wiszę nad ziemią, to moje wiszenie jest szczęśliwsze, bo wypełnione nadzieją, a przecież ona umiera ostatnia. Marzeń też nikt mi nie odbierze. To tak naprawdę one trzymają mnie przy życiu.  Wiem, że muszę rozpaczać żeby móc dalej żyć...Ale wiem też, że muszę marzyć. Kto nie ma marzeń, ten nie żyje i nie ma szansy ich spełnić!

Prześlij komentarz