ALERGIK NAD MORZEM

czwartek, 23 lipca 2015
Zostałyśmy wygnane na wakacje nad morze. Nie żebyśmy narzekały, ale lepiej by było być tu we troje. Nasz tata pojechał na podbój Polski, co mnie okropnie stresuje, bo wariatów na drogach nie brakuje, (takich jak dziś pod Wrocławiem, gdzie właśnie jechał mój mąż!), a my zostałyśmy walczyć z niedoskonałościami Liliankowej skóry.
Jak u nas sytuacja? Wciąż sinusoida. Są dni dobre, nawet można powiedzieć, że jest naprawdę wszystko ogarnięte po czym następują momenty tragiczne i wszystko zaczynamy od nowa. Od piątku od kiedy tu jesteśmy miałyśmy już skórę piękną i mega pogorszenie, kilka nocnych akcji krzyku, drapania, a właściwie szarpania nogi i łokci. Była rozdrapana dłoń z sączącym się osoczem i krwią. Miałyśmy wpadkę z maścią do smarowania, która niestety pogorszyła całą sytuację. Swoją  drogą ciekawe kiedy w końcu trafimy na specyfik, którym będziemy mogli bezpiecznie nawilżać skórę Liliany, bo bez tego nie będziemy mogli jej pomóc. Ostatnio wydaliśmy 200 zł na 3 smarowidła, z których każde okazało się nietrafione: albo szczypie i Lilcia krzyczy albo podrażnia i wszystko jest 3x bardziej czerwone. Ciężko mi zliczyć ile my już testowaliśmy różnych maści, balsamów, kremów i innych aptecznych dziwactw. Wszystkie wylądowały w szufladzie w łazience i czekają.. aż ja je zużyje. Najlepsze okazują się najprostsze sposoby: przemywanie srebrem koloidalnym i nadmanganianem potasu, a do smarowania maść z olejem z konopi.

Co poza tym? Chodzimy na spacery. Urok małego miasta jest taki, że wszędzie można pójść z dzieckiem, bo nie jest daleko. Jak się zepsuje: pod pachę i w 3 minuty do domu. No i jako wczasowicze chodzimy na plaże. Niestety pogoda nas nie rozpieszcza, więc się nie kąpiemy, ale moczenie nóg jest obowiązkowe. No i nowa ulubiona zabawa Liliany: rozgniatanie meduz. Cudowny jest świat dzieci, które niczego się nie boją i nie mają oporów. Po każdej wyprawie na plaże jestem przerażona, bo wszystkie zmiany wyglądają jakby wróciły ze strojoną siła, ale tak niestety działa woda na atopową skórę. Nie jest to przyjaciel atopika, ale przecież nie zabiorę Lilianie wszystkich przyjemności dzieciństwa tylko i wyłącznie z powodu zaczerwienionej skóry.

Czy udaje mi się odpocząć? Nie bardzo! Młoda rano nie daje mi pospać. Przychodzi i wyciąga mnie z łóżka, a marzyłam o choć jednym leniwym poranku. A w ciągu dnia? Mama jest ciągle potrzebna, więc też nie mam jak się schować. Szczerze to czasem ciężko nawet na chwilę spokoju w łazience, bo akurat wtedy Liliana ma do mnie tysiąc pytań i tysiąc spraw do rozwiązania. Wieczory też nie są dla mnie - Liliana chodzi spać o 22-23, więc nie posiedzę za długo. Wzięłam ze sobą mądre książki - jeszcze nie zdążyłam ich otworzyć. Miałam plan poukładać zdjęcia na komputerze, bo ich ilość rośnie w zastraszającym tempie. Na razie przejrzałam może 100. Miałam gotować - trochę szkoda mi na to czasu. Poza tym Lili przechodzi właśnie chwile buntu i niewiele (poza moim mlekiem) chce jeść, a moje wszystkie starania idą na marne, więc trochę odpuściłam.

Dotychczasowe efekty? Raczej nie są bezpośrednio związane z pobytem tutaj, ale skóra wygląda trochę lepiej. Na nogach w końcu przestała przypominać tarkę, a powoli staje się miękka i delikatna. Zmiany powoli schodzą. I chyba trochę mniej drapie. Mamy jeszcze kilka dni. MOże uda nam się wyjechać stąd w stanie chociażby dobrym.








Prześlij komentarz